4 sierpnia, czwartego dnia Powstania około godziny 16.00 Baczyński wyjrzał przez okno pałacu Blanka, by sprawdzić, czy będzie mógł przedostać się do swojego oddziału i wtedy z gmachu Teatru Wielkiego padł strzał.

Kula świsnęła dwa centymetry od jego głowy i utkwiła we framudze… Podobno w takich chwilach całe życie przebiega człowiekowi przez głowę. I faktycznie. Krzysztof Kamil Baczyński na miękkich nogach zsunął się po ścianie, a wszystkie wspomnienia stanęły mu przed oczami.

Mały Krzyś bawiący się w kamienicy przy ul. Bagatela 10, jego ukochany pies Fred machający radośnie ogonem, rodzice, którzy nieustannie chuchali i dmuchali na ukochanego synka. Oboje byli wybitnymi ludźmi swoich czasów. Oboje drżeli nad stanem zdrowia Krzysia, który od dziecka sporo chorował, miewał ataki astmy, a przecież chciał być po prostu jak inni chłopcy, bawić się, biegać, łobuzować.

Potem szkoła. Baczyński szczerze nie cierpiał chodzić do szkoły. Oceny miał bardzo słabe, bo unikał tego miejsca. Od zawsze wolał marzyć i malować.

Jednak lubił kolegów i harcerstwo. To stanowiło przeciwwagę dla szkolnej monotonii. W 1939 roku jakimś cudem zdał maturę i wyjechał na najpiękniejsze wakacje w życiu. Nie miał jednak szczęścia, bo wtedy zmarł ojciec. To był pierwszy z serii ciosów, które spadały jeden po drugim. Skończyła się beztroska młodość, zaczęła odpowiedzialność za siebie i matkę. Niedługo po pogrzebie wybuchła wojna i zniszczyła wszystko. Zabrała ludzi, których kochał, zabrała marzenia i szanse. Baczyński zamiast studiować na ASP, szklił okna, malował szyldy, ładował szuflą węgiel na Czerniakowie. Ręce miał zajęte, ale w głowie nadal kłębiły się tysiące słów i obrazów, które w każdej wolnej chwili przelewał na papier.

Jasne strony to studia na tajnych kompletach i fakt, że konsekwentnie wkręcał się w konspirację.

Uważał to za swój oczywisty obowiązek. Chciał walczyć, chciał powrotu normalności do Warszawy i do swojego życia. Dlatego teraz tkwił na powstańczej reducie z obcymi ludźmi, wierząc, że to się uda, że wreszcie po tylu latach uda się przepędzić Niemców z miasta.

Wreszcie ochłonął nieco i był gotowy szukać swoich. I oczywiście Baśki. No właśnie. Basia. Najpiękniejszy prezent od życia. A do tego spodziewała się ich pierwszego dziecka. Gdzie ona teraz może być i czy w ogóle żyje? Nawet nie zdążyli się pożegnać przed wybuchem Powstania…

„Miałem szczęście” – pomyślał, po czym potarł chrząstkę ucha draśniętą pociskiem.

Podniósł się i tym razem udało mu się przemknąć do następnego budynku, a potem odnaleźć swoich z „Parasola”. Do końca Powstania walczył razem z nimi, a ludzi z oddziału co dnia ubywało. Krzysztof był u kresu sił, a najgorsze były kanały. Jeszcze długo śniły się po nocach. Upadek powstania i kapitulację przyjął tak jak inni z mieszanymi uczuciami. Pytał wszystkich, czy nie widzieli Basi. Martwił się też o matkę. Ale wiadomości były sprzeczne i trudne do sprawdzenia. Wreszcie w Ożarowie, gdzie Niemcy zebrali powstańców przed wywózką, Krzysztof i Basia zobaczyli się pierwszy raz po kilku miesiącach rozłąki. Na krótko. Dostali się do różnych obozów.

Wreszcie na wiosnę 1945 roku Krzysztof wrócił do zniszczonego miasta. Rodzice Basi byli na robotach, ale odnalazł swoją matkę. Po paru miesiącach dołączyła do nich Basia z ich maleńkim synem. Powoli zaczęli budować od nowa swoje życie. Krzysztof nadal pisał, planował wydanie swoich wierszy. Nie zachłysnął się nową władzą, był zdystansowany i zamknięty w swoim twórczym świecie. Zaczął wreszcie swoje wymarzone studia na ASP.

Wydawało się, że życie wróciło do normy.

14 stycznia 1949 roku do drzwi mieszkania Baczyńskich załomotali funkcjonariusze UB. Otwarła im przerażona młoda kobieta w widocznej ciąży, a jej sukienki trzymał się pięcioletni, nierozumiejący, co się dzieje chłopczyk…

To tylko jedna z możliwych wersji wydarzeń. Niestety bardzo prawdopodobna – w 1949 roku UB naprawdę stanęło pod drzwiami mieszkania Stefanii Baczyńskiej. Fala aresztowań objęła wielu AK-owców. Trafiali do tych samych więzień, w których katowało ich gestapo.

Wisława Szymborska w swoim wierszu „W biały dzień” przedstawia ciekawą wizję alternatywnego życiorysu Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, którego ominęła kula snajpera, już jako starszego pana odpoczywającego w pensjonacie.

Tymczasem 4 sierpnia, czwartego dnia powstania koło godziny 16.00 Baczyński wyjrzał przez okno pałacu Blanka, by sprawdzić, czy będzie mógł przedostać się do swojego oddziału i wtedy z gmachu Teatru Wielkiego padł strzał. Kula trafiła prosto w głowę.

Stanisław Pigoń na wieść, że Baczyński zaangażował się w walkę, powiedział: „Cóż, należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga brylantami”.

Dorota Bajorek

0