W liceum chodziłam do klasy „czytającej”, po latach mogę przyznać, że niektórzy z nas wręcz snobowali się na czytanie i zostawali na przykład fachowcami od Gombrowicza, wcale nie lubiąc tego pisarza. Zazwyczaj jednak czytaliśmy to, co nas szczerze fascynowało. Wymienialiśmy się książkami, urządzaliśmy nieformalne kluby książki, umawialiśmy się na słuchanie powieści Hemingwaya czytanych w II Programie Polskiego Radia i, zdarzało się, poddawaliśmy się kreowanym przez nas samych modom na literaturę romantyczną, iberyjską, fantastyczną…

„Mistrz i Małgorzata” zaczął krążyć po mojej klasie, gdy miałam 15 lat. Powieść pożyczyła mi jedna z najlepszych moich koleżanek, tak zachwycona, że nie była w stanie logicznie wyjaśnić powodów swego oczarowania. Jej zachwyt wystarczył mi za polecenie.

Zabrałam „Mistrza i Małgorzatę” na wakacje. W drodze mój tata spytał, co czytam. „O, to ciekawe – rzekł, gdy odpowiedziałam – pożyczysz mi, jak skończysz?”, a ja odpowiedziałam z całą zarozumiałością nastoletniego wieku: „Nie sądzę, byś zrozumiał”, wskutek czego mój tata się na mnie obraził.

Wiele lat musiało minąć od tamtej chwili, i wiele przeczytań „Mistrza i Małgorzaty”, bym z pokorą przyznała, że popisałam się niewiarygodną bezczelnością uznając najwyraźniej, że ja zrozumiem.

Nie zrozumiałam. Ani wtedy, ani podczas kolejnej lektury, a potem kolejnej, i kolejnej (i tak wiele, wiele razy). Z każdym kolejnym razem wydaje mi się, że rozumiem coś na nowo, a coś innego zaczyna mi umykać.

Jedyne, co zrozumiałam to chyba to, że każdy co innego w tej książce widzi. Każdy czym innym się zachwyca, każdy czym innym nudzi, każdy – jeśli ją kocha, to kocha za co innego, i inny wątek uważa za najważniejszy.

A także to, że wszystkie opinie o „Mistrzu i Małgorzacie” są uprawnione. Kiedyś, nie tak dawno temu, uważałam, że nie należy psuć jej wciąganiem na listę lektur i zaoszczędzić biednemu Bułhakowowi wniosków typu: „Nie rozumiem kompletnie fenomenu „Mistrza i Małgorzaty”, nie wiem dlaczego wywołuje taki zachwyt i nie mam pojęcia dlaczego nazywana jest arcydziełem literatury”, „Nie polecam, chyba, że ktoś cierpli na nadmiar wolnego czasu lub tęskni za uczuciem chaosu i niezrozumienia”, „Niektórym powinno się zabronić pisania książek. Zdecydowanie” i ubolewania nad tym, że: „Jeszcze więcej niż nazwisk było tam scen” (co do mnie, to przez całe liceum drżałam na samą myśl, że mojej polonistce wpadnie do głowy wyciągnąć „Mistrza i Małgorzatę” z listy lektur nadobowiązkowych i dokonać na niej mordu, ograniczając ją do ciasnych norm „wniosków z lektury”, wyłącznie takich, jakie dopuszczały opracowania dla nauczycieli).

Teraz już rozumiem. Tak, można „Mistrza i Małgorzaty”  nie lubić. Można się na niej wynudzić. Można zatonąć w morzu nazwisk (i scen, których jest więcej niż nazwisk). Przecież – jeżeli odczytywać tę powieść dosłownie – można naprawdę stwierdzić, że tu wszystko jest pozbawione logiki.

Bo „Mistrz i Małgorzata” jest skomplikowanym kodem, który podlega pod mnóstwo interpretacji.

Tu wszystko jest metaforą. Wielki czarny kot może okazać się Stalinem, bal u Szatana – spotkaniem tajnej sekty, a sam Szatan – narzędziem ponadludzkiej sprawiedliwości. Przypuszczeń, sporów i analiz jest wiele, a i tak nikt do końca nie rozszyfrował tej książki. Książki, które są szyfrem nie są dla każdego. Książki, których szyfrów nie da się złamać do końca mogą zirytować.

Ale może się tak zdarzyć, że żadne interpretacje i opinie o książce nie będą brane pod uwagę przez zwykłego czytelnika. Będzie on mógł sobie spokojnie pominąć rozważania, co też Autor miał na myśli i spokojnie cieszyć się lekturą. Tekst przemówi do niego, po prostu, bez żadnych dodatkowych wskazówek i żadnej pomocy. Książka pozwoli się przeczytać taka, jaka jest, nawet jeśli nie wszystko będzie – bo nie musi być – jasne i proste.

Wtedy może zdarzyć się magia.

„Kiedy zachodziło właśnie gorące wiosenne słońce, na Patriarszych Prudach zjawiło się dwu obywateli.”

Czytam i wślizguję się w pozornie znaną na wylot historię jak w gładką wodę.

W powieść, w której wszystko jest idealne – napisałam i się zawiesiłam.

Każdy, kto „Mistrza i Małgorzatę” czytał i został tknięty przez jej czar wie, dlaczego. Nikt, kto nie czytał – nie zrozumie. Bo jak wyjaśnić komuś, kto jej nie zna, czystą magię. Jak wyjaśnić doskonałość. Jak ocenić arcydzieło? Co napisać o książce o której napisano już chyba wszystko? Jak spróbować przeanalizować czystą perfekcję? Jak choćby tylko opowiedzieć, o czym ta książka jest?

Przecież jest o wszystkim. Jest satyrą i rozprawą filozoficzną. Jest opowieścią o miłości i dramatem psychologicznym. Groteską, powieścią obyczajową, fantastyczną, kryminałem, medytacją religijną.

Demaskatorską opowieścią o Rosji Radzieckiej i zastraszonym społeczeństwie. O świecie totalitarnym, pełnym absurdu, tak strasznym, że aż fantastycznym. Perfekcyjną analizą mechanizmów rodzenia się i utrwalania dyktatury. Są i tacy, co nazywają ją Ewangelią od Szatana, napisaną pod dyktando ciemnych sił. I ona tym właśnie jest. Wszystkim naraz. Wszystkim po trochu. A to „wszystko na raz” przenika się i uzupełnia, splata jak nici wątku i osnowy w bezcennym, ręcznie tkanym kilimie. Każde słowo na swoim miejscu. Każde słowo po coś.

I w zależności od wieku, osobistej sytuacji, nastroju, życiowego doświadczenia każdy może z niej wyjąć to, czego w danej chwili najbardziej potrzebuje.

„Mistrz i Małgorzata” to dzieło życia Bułhakowa.

Pisał je długo – od roku 1929 do śmierci, ostatnie poprawki nanosił w lutym 1940 roku, miesiąc przed śmiercią – i przedstawił w niej nie tylko świat wyobrażony, ale także swój los. Tu napisał to wszystko, czego wcześniej napisać nie mógł, tu przywołał swoich krytyków-prześladowców i rękami swoich bohaterów wymierzył im sprawiedliwość (ponadto na zawsze uwieczniając ich w swoim ponadczasowym dziele jako biorących udział w nagonce na pisarza nikczemników). Ukazując nadludzkie możliwości Wolanda i jego świty wziął wspaniały, oszałamiający odwet na rzeczywistości, w której przyszło mu żyć – rzeczywistości wypełnionej szpiegowaniem, donosicielstwem i strachem.

Można sobie tylko wyobrazić, jak groźna w oczach władzy była ta groteskowa, baśniowa, pełna niedopowiedzeń i stanowiąca wymarzone pole do różnorakich interpretacji opowieść o Rosji pierwszej połowy XX wieku, harcach i zabawach diabelskiej świty, Piłacie jako zwykłym, pełnym wątpliwości człowieku, miłości od pierwszego wejrzenia, dowcipna karykatura systemu totalitarnego i wyraz buntu przeciwko całemu światu, a przy tym dzieło traktujące na tak wielu poziomach o ludzkiej duszy, o wyborze i sprawiedliwości, o prawdziwej wolności, dostępnej każdemu za sprawą miłości, ofiary i miłosierdzia.

Zadziwiająco aktualna w każdych czasach, jak każde dzieło prawdziwie wielkie.

Powieść, którą należy czytać, nie analizować, nie tłumaczyć, nie przykrawać do z góry narzuconych wizji, po prostu cieszyć się nią i zastanawiać nad nią, nauczyć się dla niej rosyjskiego, a jak się zna – biegać po wszystkich księgarniach językowych w poszukiwaniu wersji oryginalnej (żeby móc sprawdzić, czy magia nie ucieknie, bo że jeszcze wzrośnie nie sposób sobie wyobrazić), tak jak to chyba z dziesięć już lat temu sama czyniłam.

Powieść, która zostawia po sobie ślad. Nie zawsze wiesz, dokąd prowadzi, nie zawsze potrafisz go dokładnie opisać, ale wiesz, że tam jest, i że zawsze, w każdej chwili możesz nim podążyć. Kto wie, dokąd doprowadzi cię tym razem?

Zazdroszczę każdemu, kto ma tę podróż jeszcze przed sobą.

Anna Chełminiak, autorka bloga polaherbaciane.blogspot.com