Siedzisz właśnie zamknięty w swoim pokoju, niby sam, a jednak w towarzystwie. Na ekranie komputera czy smartfona co chwila wyskakuje powiadomienie, że nowy mail, że nowa rozmowa. Dzwonek telefonu, sygnał sms-a. Masz w zasięgu internetowego łącza fajnych ludzi, żeby pogadać, a za drzwiami rodziców, może czasem irytujących, ale kochających i troskliwych.

Myślisz, że to się nigdy nie zmieni? Że spokój i stabilizacja są nam dane raz na zawsze? To posłuchaj historii Józefa K., który nigdy by nie przypuszczał, że jego uregulowane życie legnie w gruzach z dnia na dzień – i to z bliżej nieokreślonej przyczyny, bez żadnego kataklizmu, bez wojny. A co gorsze, bez jego własnej winy.

Bohater rubryki kryminalnej

Nigdy nie poznamy jego nazwiska, zawsze będzie przedstawiany jak bohater rubryki kryminalnej, a przecież Józef K. był cenionym przez przełożonych urzędnikiem bankowym. Prowadził uporządkowane, wygodne życie, bez wstrząsów i całkowicie praworządne.

Aż znienacka w dniu jego trzydziestych urodzin wizytę złożyła mu nie gospodyni ze śniadaniem, ale dwóch czarno ubranych mężczyzn, którzy bez ogródek oświadczyli mu, że jest aresztowany. Jednak zamiast posadzić go w więzieniu, pozwolono Józefowi K. prowadzić normalne życie: chodzić do pracy, poruszać się po mieście, odwiedzać kochankę. Musiał tylko na wezwanie stawić się na przesłuchaniu w sądzie.

Teoretycznie da się znieść? A jednak niekoniecznie. Wstrząśnięty pogwałceniem swoich praw trzydziestolatek zaczął zauważać, że wokół niego rozgrywa się coraz więcej dziwnych rzeczy, absurdalnych, niewyjaśnionych; co chwila ktoś go unika, a on sam odbija się od niewidzialnej ściany.

Dziwne oskarżenie, dziwne aresztowanie, dziwny proces

To, co wydawało się proste, nagle stało się skomplikowane: nikt nie był w stanie udzielić mu żadnych konkretnych informacji, uspokoić go, dać odrobiny nadziei, że wszystko pomyślnie się skończy.

Wizyta w sądzie – instytucji, która jak mogłoby się wydawać, rządzi się jasnymi prawami i oparta jest na ściśle określonych zasadach – jedynie pogłębiła zmieszanie Józefa K. Zamiast do monumentalnego gmachu, trafił do pokoiku w obskurnej kamienicy na przedmieściach. Tam w oczy rzuciły mu się niekompetencja i nieżyczliwość urzędników i dowolność procedur: nikomu nie zależało na jakichkolwiek wyjaśnieniach czy przejrzystości postępowania. Mimo to proces się toczył – powoli i nieubłaganie zmierzając ku nieuchronnemu wyrokowi.

Samotny – opuszczony czy samotny z wyboru?

Samotność – odcięcie od świata zewnętrznego wskutek katastrofy, jak w poczciwym „Robinsonie Crusoe”, czy samotność w obliczu wyboru, którego trzeba dokonać wbrew wszystkiemu i wszystkim, by przeciwstawić się złu jak Antygona – obecna jest w literaturze niemal od zawsze.

Mało jest jednak tak poruszających jej opisów, na dodatek dusznych i klaustrofobicznych, budzących w czytelniku ogromny niepokój, jak „Proces” Franza Kafki.

Bo Józefem K. – przez swoją anonimowość – może być każdy z nas; każdy z nas w godzinie próby może zostać równie osamotniony. Choć trzeba przyznać, że bohater Kafki sobie na to zapracował. Zajęty tylko sobą, nie miał przyjaciół, nie założył rodziny: nie czuł takiej potrzeby, może nie umiał zresztą nawiązać trwalszych relacji i dopiero w obliczu zagrożenia próbował zbliżyć się do innych. Było już jednak za późno.

Nikt nie żałuje Józefa K.

Całkowita nijakość Józefa K., który prowadzi jałową egzystencję, sprawia, że jego wyeliminowanie ze społeczeństwa nie budzi protestu w nikim – ani w innych bohaterach, ani w czytelniku. Ot, anonimowy trybik usunięty z maszyny. Chociaż, jak poucza nas historia, w pewnych systemach politycznych nawet usunięcie postaci wybitnych i szeroko znanych nie wywoływało sprzeciwu. To jednak temat na inną opowieść.

Złamana obietnica

Niewiele brakowało, żebyśmy nigdy nie poznali losów Józefa K., który „mimo że nic złego nie popełnił, został pewnego ranka po prostu aresztowany”.

O tym, że szanowany prawnik, inspektor praskiego zakładu ubezpieczeń Franz Kafka ma talent literacki, wiedziała garstka osób: podobni mu aspirujący pisarze i grono bywalców salonów, gdzie czytywał swoje opowiadania. Kilka z nich, dzięki wsparciu przyjaciela, Maxa Broda, również pisarza, ukazało się nawet drukiem, ale przeszły bez echa. Świat w przeddzień pierwszej wojny światowej nie był gotów na dziwnie przygnębiające, pełne nieokreślonej grozy utwory, których bohater zmagał się z anonimową, wszechmocną władzą. Może dlatego, że na co dzień obywatele Austro-Węgier stykali się z co prawda rozbudowaną, ale raczej murszejącą biurokracją cesarsko-królewskiej monarchii? Bez względu na przyczyny, za życia Kafka nie zdobył popularności ani szerokiego uznania. Zmarł w 1924 roku na gruźlicę w wieku zaledwie 40 lat, w testamencie zaś nakazał Brodowi, by zniszczył niedokończone utwory. Przyjaciel obiecał, ale obietnicę złamał, gdyż niezłomnie wierzył w talent Kafki i nie zamierzał pozwolić, by jego dzieła bezpowrotnie przepadły.

Rok później ukazała się jedna z trzech niedokończonych powieści Kafki – „Proces”. Tym razem czytelnicy, którzy doświadczyli okropności pierwszej wojny światowej, do których dochodziły wieści o szaleństwie rewolucji rosyjskiej i którzy z wolna oswajali się z eksperymentami literackiej awangardy, lepiej przyjęli niejednoznaczny, mroczny i pesymistyczny utwór, którego bohater wytrącony zostaje z codziennej rutyny i znienacka traci poczucie bezpieczeństwa. I na dodatek nie ma pojęcia, dlaczego to wszystko go spotyka: świat wali mu się na głowę, a w obliczu nieokreślonej siły, która chce go zniszczyć, jest sam.

Piotr Chojnacki, zacofany-w-lekturze.pl

 

Projekt dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Dobroci.pl

0