Stanisław Karubin (u A. Fiedlera w Dywizjonie 303 Stefan) urodził się 29 października 1915 roku w Woźnikach na Mazowszu. Był jednym z ośmiorga dzieci Wojciecha i Sotery.

Ukończył szkołę powszechną. Odbył szkolenie wojskowe w piechocie. We wrześniu 1933 roku kontynuował naukę, w trakcie której przeszedł kurs obsługi samolotów w Centrum Wyszkolenia Oficerów Lotnictwa, co pozwoliło mu dołączyć do 1. Pułku Lotniczego w 1936. Rok później ukończył Podoficerską Szkołę Pilotów i stamtąd skierowano go do pułku lotniczego w Warszawie, gdzie otrzymał przydział do 111. Eskadry Myśliwskiej. Latał w niej aż do wybuchu II wojny światowej i razem z nią wyruszył na front, gdzie zestrzelił swojego pierwszego Niemca.

Z 17 na 18 września, gdy dopełnił się los Polski, przekroczył granicę z Rumunią. Stamtąd przez Grecję udał się do Francji. Odbył przeszkolenie na samolotach francuskich, po którym przydzielono go do klucza myśliwskiego wchodzące w skład francuskiej Eskadry Myśliwsko-Obronnej I/55 broniącej Paryża.

Po kapitulacji Francji wraz z innymi polskimi lotnikami udał się do Wielkiej Brytanii. W lipcu 1940 przeszedł szkolenie na samolotach brytyjskich. Był jednym z pierwszych pilotów, który otrzymał przydział do słynnego 303. Dywizjonu Myśliwskiego im. Tadeusza Kościuszki, a także jednym z pierwszych zwycięzców Dywizjonu.

Arkady Fiedler pisze o nim tak:
„Oto mały, chłopięcy sierżant Stefan Karubin. Wyglądał na dwudziestoletniego, był trochę starszy. Okrągła twarz skora do uśmiechu, lecz oczy harde, żarliwe, zaczepne, czarne.
[…]
Całą walkę stoczył młody myśliwiec na zimno, bez wzruszenia, prawie bez zastanowienia. Nie jak człowiek z krwi i z nerwów, lecz jak aparat ze stali. Sprawne, doskonałe narzędzie zaprawione do boju w dobrej szkole.

Krew i nerwy, i człowiek, i szewska pasja zbudziły się w nim dopiero w chwilę później. Karubin wciąż jeszcze patrzał z zadowoleniem na agonię wroga — widok najmilszy dla oczu myśliwca — gdy piorun trzasnął z jasnego nieba; zdradliwe smugi pocisków zawirowały nad jego głową. Nowy przeciwnik. Nieoczekiwany atak wyrwał zwycięzcę z „sielanki” i chociaż myśliwiec ostrym skrętem uszedł niebezpieczeństwa, zatrząsł się z przerażenia, i z oburzenia.
— A cholera ciebie! … — warknął jak zły pies, gdy messerschmitt tuż obok niego szurnął w dół błyskawicą. A za nim. w pewnej odległości, dwa ścigające go hurricany. Sierżant, nie namyślając się, również dał nura i poszedł ich śladem.

[…]

Uciekający messerschmitt opuścił rzekę skrętem w prawo, wpadł nad rozlegle łąki i lotem południowo-wschodnim przecinał hrabstwo Kentu, biorąc najbliższą drogę ku Francji. Karubinowi nie podobał się pościg: „Adolfek” rwał szybko i gotów był uciec. Dwa hurricany jakoś nie mogły go dogonić i pozostawały wciąż daleko za nim.

Myśliwiec władował „boosta”. Maszyna zawyła jakby biczem podcięta i gwałtownie skoczyła do przodu. Karubin odczuł rozkosz jeźdźca wbijającego ostrogi w bok rumaka. Naraz zrobiło mu się wesoło na duszy i ni stąd, ni zowąd zaczął nucić pod nosem:

Jak to na wojence ładnie,
Kiedy ułan…

Hucząc na najpełniejszym gazie, dopędził łatwo dwa hurricany, wyminął je, prześcignął. Koło Rochestera zaczął zbliżać się do messerschmitta. Był wtedy 500 metrów za nim. Wciąż w locie koszącym, blisko ziemi. Czarny krzyż rósł w oczach. Sierżanta rozparła nagle żołnierska czułość do swej maszyny: cudo maszyna! Rżnie jak sto piorunów!

Już tylko 300 metrów. Karubin sprawdził ostatni raz szybkim spojrzeniem spust karabinów maszynowych. Był odbezpieczony. Nie naciskając, kciukiem przejechał po nim delikatnie, pieszczotliwie. Lecz jednocześnie ów kciuk był jak szpon drapieżnej bestii… Mógłby już prawie strzelać! Messerschmitt leciał po prostej linii — łatwy cel! … Ale strzelać ani mu się nie śniło! Bliżej! Bliżej! Karubin miał czas, wróg mu nie umknie!

150 metrów, 100, 70… Dosyć! Myśliwiec wyłączył „boosta”. Wziął na cel i strzelił. Dokładnie z tyłu, wprost poprzez ogon messerschmitta. Do licha! Nie widać skutku! Tamten jak uciekał, tak ucieka.

Karubin, nie zbity z tropu, nieznacznie skręcił i dragą serię posłał z ukosa, w bok przeciwnika, tam gdzie był on najwrażliwszy na pociski. I dobrze zrobił! Przeszył jakąś żywotną arterię. Z messerschmitta poszła cienka smuga dymu. Jak cienka struga krwi ze zranionego zwierza.

Nie, to nie była żywotna arteria! Messerschmitt nie wybuchł ogniem, a dymu sączyło się coraz mniej. Przeciwnik mknął wciąż na nie zmniejszonej szybkości. Myśliwiec zacisnął szczęki, jeszcze bardziej zbliżył się do wroga, deptał mu już prawie po piętach. Wycelował — i sam o włos nie zginął w katastrofie.

Z bezlitosnej odległości, bodaj czy pięćdziesięciu metrów za messerschmittem, otworzył ogień po raz trzeci. Lecz opisać jego zdumienie i srogi zawód, prawie że ból, gdy padło tylko kilkanaście pocisków i potem karabiny smętnie zamilkły. Koniec amunicji. A tamten wciąż leciał i leciał. Paskudny kawał! Chociaż myśliwiec sobie uświadamiał, że nic w tym dziwnego. To przecież drugi przeciwnik, do którego dziś strzelał.
Odszedł w bok i zrobił miejsce dwom hurricanom do ataku. Lecz rzut oka w tył przekonał go, że ich pościg był beznadziejny. Zbyt daleko pozostały w tyle. Nie dociągną.

[…]

Rozpacz ogarniała Karubina i nagła, niepohamowana złość. Oczy wyszły mu z orbit, straszne, nieprzytomne oczy. Miał z wrogiem porachunki, już nie tylko żołnierskie. Inne, gorsze: ludzkie. Musiał hitlerowca zniszczyć, za wszelką cenę! Za wszelką cenę zniszczyć!

Dodał gazu, odszedł jeszcze dalej w bok, wyprzedził uciekającego. Potem nagle w desperackim rozpędzie skręcił i walił — oszalała torpeda wściekłości — w stronę messerschmitta, jak gdyby chciał z nim się zderzyć.

Nie zderzył się. Przeleciał tuż nad maszyną wroga. Tuż o metr — a może było to mniej niż metr?! — ponad jego szklaną kabiną.

Przez ułamek sekundy Karubin ujrzał pod sobą twarz pilota zwróconą w górę, strasznie wykrzywioną w śmiertelnym przerażeniu — i minął.

Głuchy, potężny huk za nim.

Wróg nie wytrzymał napięcia. Uległ. Drgnęła mu na sterze ręka. Wystarczyło jedno drgnienie. Nabierając wysokości myśliwiec zataczał koło i wracał na miejsce, gdzie messerschmitt zarył się w ziemię. Ogromny obłok kurzu i dymu. Wśród rozrzuconych szczątków wybuchały nowe płomyki. Jedno skrzydło odleciało o pięćdziesiąt metrów, resztki drugiego — o sto metrów. Z żywego przed chwilą wroga pozostały tylko kupy gruzu i ciemna chmura kurzu.

Karubin krążył dokoła i poił się obrazem zniszczenia. Miał znowu swe zwykle oczy: harde, żarliwe, zaczepne. I on, mały polski sierżant, czerpał niedaleko ujścia Tamizy natchnienie; swe własne, swoiste; wojenne natchnienie…”

W czasie walk zestrzelił kilka messerschmittów, a także innych bombowców. Nie wyszedł jednak z tych akcji bez szwanku – sam również został zestrzelony. Ranny w nogę ratował się skokiem ze spadochronem. Po rekonwalescencji wrócił do latania. Miał pewną rękę i celne oko. Wkrótce został asem myśliwskim. 18 września 1940 roku został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. Oprócz tego trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, a także Polową Odznaką Pilota oraz brytyjskim Distinguished Flying Medal.

7 marca 1941 roku, po wykonaniu pełnej tury lotów bojowych, odszedł do 58 OTU w Grangemouth na stanowisko pilota-instruktora. 8 kwietnia został przeniesiony do jednostki 55 OTU w Usworth. Korubin zginął śmiercią lotnika 12 sierpnia 1941 roku, powracając z lotu treningowego. Wychodząc z chmur do lądowania zderzył się ze stokiem góry Horn Crag Eskdale. Został pochowany na cmentarzu Castletown koło Sunderland.

Karolina Myszka

0