Witold Łokuciewski, ps. Tolo urodził się 2 lutego 1917 roku w Nowoczerkasku w Rosji. Po zakończeniu I wojny światowej rodzina Łokuciewskich wróciła do kraju i osiadła w Wilnie.

W 1935 roku Witold zdał egzaminy maturalne i zainteresował się wojskiem. Rozpoczął swoją przygodę od wstąpienia do Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii, ale już po roku czasu przeszedł do Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie, którą ukończył w 1938 roku. Jako absolwent otrzymał przydział do 1. Pułku Lotniczego w Warszawie.

Podczas kampanii wrześniowej walczył w składzie eskadry myśliwskiej, należącej do jednego z dywizjonów tworzących Brygadę Pościgową. W szóstym dniu wojny zestrzelił swój pierwszy nieprzyjacielski samolot. 17 września przekroczył granicę Polski z Rumunią, a następnie przez Jugosławię i Włochy dotarł do Francji. Tam dołączył do odradzającego się polskiego lotnictwa. Wraz z kolegami walczył w obronie sojuszniczych zakładów przemysłowych. Wtedy to odniósł drugie zwycięstwo.

Po kapitulacji Francji skierował się do Wielkiej Brytanii. Przeszedł szkolenie w lotach na samolotach RAF. 2 sierpnia 1940 roku otrzymał przydział do właśnie sformowanego polskiego dywizjonu. We wrześniu na jego koncie pojawiło się kilka kolejnych strąconych, bądź uszkodzonych maszyn nieprzyjaciela. O jednym z jego zwycięstw Fiedler pisze tak:

[…] podporucznik Tolo Łokuciewski owego sławetnego dnia 11 września, kiedy to „303” strącił 17 nieprzyjacielskich samolotów. Tolo należał do dzielnej szóstki, która wiązała i powstrzymywała tak skutecznie całą chmarę messerschmittów. Lecz w walce z jakimś „Adolfkiem” Łokuciewski miał ciężką przeprawę, oddalił się od dywizjonu i gdy wreszcie zestrzelił, był już niedaleko Kanału. Wracać do swoich nie miał po co; rozproszyli się po całym niebie. Więc było nie było, zaczaił się w pobliżu wybrzeża.

Było warto. Po kilku minutach patrolowania zamajaczyła w oddali sylwetka dorniera 215, ciągnącego z głębi Anglii. Bombowiec był znacznie niżej niż samolot Tola i szedł prosto na niego. Myśliwiec zaśmiał się i twarz jego — a miał twarz jak młoda dziewczyna — rozpromieniała ze szczęścia: samotny bombowiec stanowił dla hurricana prawie że pewny łup.

Pierwszy atak z góry z przodu przy stromym nurkowaniu nie odniósł żadnego skutku. Widocznie Łokuciewski chybił w trudnej do celowania pozycji. Po wyminięciu dorniera myśliwiec wyciągnął swą maszynę do góry, zrobił skręt na plecy i teraz natarł na nieprzyjaciela dogodniej, z tyłu z boku. Najpierw przejechał się ogniem po jego kadłubie i zagłuszył tylnego strzelca. Bombowiec tymczasem usiłował ratować się rozpaczliwym skrętem. Daremnie. Już Łokuciewski wsadził mu kilka celnych serii w prawy silnik. Silnik zaczął kopcić zrazu słabo, potem coraz mocniej. A potem nastąpiła rzecz wprawiająca myśliwca w struchlałe zdumienie. I w niemy zachwyt. Wróg zaczął wykonywać swój taniec śmierci. Jakąś pisaną woltami na niebie pieśń łabędzią. Jakiś menuet porażonego śmiertelnie obłąkańca.

[…]

Więc Łokuciewski patrzył na niebywałe widowisko najpierw z podziwem, potem z rosnącym uniesieniem. Już dawno nie strzelał. Strzelać nie potrzebował. Odskoczył w bok i tylko pilnował. Wchłaniał oczyma urodę niesamowitych ruchów i smakował ich dziki czar. Lecz trwało to tylko chwilę. Łokuciewski powrócił do swej żołnierskiej duszy, a zachwyt jego przemieniał się w inną rozkosz, żołnierską rozkosz. Oto pyszny wróg, który tu przybył, by niszczyć i zabijać (a on wszędzie niszczył i zabijał, i w Polsce, i gdzie indziej), wyniosły wróg teraz tańczył przed nim, polskim myśliwcem, błędny taniec obezwładnionej czarownicy. Wróg, bezsilny w swej wściekłości i w swym przerażeniu, szamotał się i już nie mógł zerwać niewidzialnych sieci, w które go spętano. Zdawało mu się w zarozumiałości, że świat rozszarpie i wszystkich podepce, a oto sam był jak zwierz na uwięzi. Oto dzika bestia, ugodzona śmiertelnym harpunem, trzymana na magicznej linie, nie mogła się wyrwać, tańczyła jak wariat i tak w nieprzytomnym tańcu mimowolny hołd składała swemu zwycięzcy.

Łokuciewski domyślał się, co zaszło: nie tylko uszkodził silnik bombowca, lecz zapewne zranił ciężko pilota, który dzierżąc nadal ster w kurczowych dłoniach, konwulsje swej agonii przelewał na cały samolot. Łokuciewski nie spuszczał dorniera z oczu i chociaż różnolite refleksje zapalały jego wyobraźnię, kciuk jego czuwał niezmiennie nad spustem karabinów maszynowych, gotów rzucić na szalę nową serię pocisków.

Lecz nie było potrzeba. Był to ostatni taniec wroga, jego końcowy wzlot. Po dojściu w górze ponownie do punktu martwego, bombowiec cofnął się ześlizgiem na ogon i wpadł w korkociąg plecowy. Był to jeszcze jeden taniec z wysokiego nieba w pionową przepaść, był to długi różaniec zawrotnych piruetów, i wreszcie nieprzyjaciel dobiegł swego końca: samolot jego kilkaset metrów od lądu uderzył twardo o wodę, skaptował i zatonął wraz całą załogą. Morze zamknęło się nad nim jak teatralna kurtyna…

11 września, podczas drugiego tego dnia lotu bojowego, został ranny, ale obrażenia nie były poważne. 21 listopada 1941 roku objął dowództwo eskadry „B” dywizjonu 303.

Dobra passa opuściła go 13 marca 1942 roku. W tym dniu poleciał nad Francję. W czasie walki został ranny i zestrzelony. Ze złamaną nogą dostał się do niewoli, gdzie przebywał od lipca 1942 roku do stycznia 1945. W sierpniu 1943 wraz z grupą 25 jeńców uciekł z obozu jenieckiego dla lotników sił alianckich w Żaganiu. Niestety kilka godzin później został złapany przez siły gestapo w Legnicy. Uczestniczył w przygotowaniach do słynnej Wielkiej Ucieczki, która odbyła się w nocy z 24 na 25 marca 1944 roku, ale niestety nie udało mu się ze względu na daleki numer porządkowy. Pobyt w niewoli zakończył w kwietniu 1945, kiedy to wykorzystał moment ewakuacji obozu i wraz z kilkoma towarzyszami zbiegł na terenie Niemiec. Zaraz po tym zameldował się ponownie w Wielkiej Brytanii. Od 1 lutego do 9 grudnia 1946 roku (moment rozwiązania jednostki) był dowódcą 303. Dywizjonu Myśliwskiego.

Do nowej, wyzwolonej Polski wrócił w czerwcu 1947 roku. Do odrodzonego i odbudowanego lotnictwa w Polsce stawił się w listopadzie 1956 roku. Po odbyciu przeszkolenia na odrzutowcach pełnił kolejno funkcje Inspektora Służby Sztabów i Inspektora Techniki Pilotażu w dowództwie WLOP, szefa Wydziału Programowania Zarządu Szkolenia Lotniczego Inspektoratu Lotnictwa oraz szefa Wydziału Współpracy z Lotnictwem Cywilnym i Szkolenia Rezerw Szefostwa Szkół. W latach 1969-1972 pełnił funkcję attaché wojskowego w Londynie. W 1974 roku przeszedł na emeryturę. Zamieszkał w stolicy. Zmarł 17 kwietnia 1990 roku w Warszawie.

Karolina Myszka