Witold Aleksander Urbanowicz, przydomek „Kobra”. Urodził się 30 marca 1908 roku w Olszance koło Suwałk.

1 września 1925 roku rozpoczął naukę w Korpusie Kadetów nr 2 w Modlinie, a w 1930 roku w Szkole Podchorążych Lotnictwa (tzw. Szkole Orląt) w Dęblinie – tu zostaje instruktorem akrobacji powietrznej. Edukację zakończył w stopniu podporucznika. W tym samym czasie rozpoczął służbę w nocnym dywizjonie bombowym 1. Pułku Lotniczego. Ukończył Kurs Wyższego Pilotażu w Grudziądzu i od tego momentu rozpoczął swoją przygodę w składach dywizjonów myśliwskich. Najpierw latał w 113. eskadrze, potem w 111. „Kościuszkowskiej”.

Brał udział w kampanii wrześniowej, a gdy jego samolot został zestrzelony poprosił o przeniesienie do Eskadry Kościuszkowskiej. Przełożeni nie wyrazili zgody i Urbanowicz otrzymał rozkazy udania się do Rumunii, gdzie wraz z innymi podchorążymi miał otrzymać nowy sprzęt i ponownie wejść do walki. Jednak, gdy tylko dotarł do Rumunii, zmienił zdanie i ruszył z powrotem w kierunku Warszawy. Po drodze został złapany przez żołnierzy Armii Czerwonej, ale udało mu się uciec. Wrócił do Rumunii, gdzie dowiedział się o planowanej dla jego grupy ucieczce do Francji.

W 1940 roku został włączony w skład Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii. Tam rozpoczął działania w 145. Dywizjonie Myśliwskim należącym do RAF. Od początku sierpnia z sukcesem strącił kilka jednostek wroga, co poskutkowało powierzeniem mu dowództwa eskadry „A” w dywizjonie 303.

Odznaczał się niezwykłą charyzmą i niedyplomatycznym podejściem do wielu kwestii, o czym świadczy wiele sytuacji, których był uczestnikiem.

„Porucznik Urbanowicz, widząc, że napływały nowe fale niemieckich bombowców, wylądował na pierwszym napotkanym lotnisku na wschód od Londynu, by pośpiesznie uzupełnić amunicję i paliwo. Na lotnisku zastał pustkę. Przekołował z jego jednej strony na drugą: pustka. […]

Wtem zjawił się angielski kapral i poprosił uprzejmie Urbanowicza, by poszedł do schronu. W schronie myśliwiec zastał kilku jeszcze żołnierzy, obsługę pobliskiego stanowiska karabinów maszynowych. Była właśnie godzina piąta po południu, pora podwieczorku. Żołnierze spokojnie pili herbatę i flegmatycznie gawędząc palili papierosy. Nic na świecie nie obchodziło ich w tej chwili prócz herbaty: była to przecież godzina piąta.
— Do you like a nice cup of tea? (Czy chce pan filiżankę herbaty?) — zapytał miły kapral i nie czekając na odpowiedź poczęstował gościa herbatą.
Niedaleko padła bomba wstrząsająca powietrzem nawet w schronie.
— Ho! ho! — zerknął kapral z uśmiechem do myśliwca i dalej smarował sobie dokładnie i z lubością chleb dżemem.

Urbanowicz nie wytrzymał. W nerwach miał jeszcze wrzawę walki, którą kwadrans temu stoczył. Flegma owego five o’clock tea wydała mu się koszmarną sielanką. Wrzasnął na poczciwego kaprala, by — at once, immediately! — zaprowadził go do ludzi, którzy mają amunicję i paliwo. Kapral wytrzeszczył zdziwione oczy; posłusznie zaprowadził. Ci ludzie także pili herbatę w schronie, lecz dali Urbanowiczowi, czego potrzebował. Gdy następnie myśliwiec wzbijał się w powietrze, wydało mu się, że wyrywa się z dziwacznego snu.

U góry poczuł się lepiej, we własnym żywiole. Złagodniał, poweselał. Lecz wciąż szumiało mu w uszach natrętnie:
— A nice cup of tea! … A nice cup of tea! …
Na wysokości 20 000 stóp wszedł na szlak nieprzyjacielskich bombowców. Wtedy otrząsnął się zupełnie, ochłonął, był znów sobą, zaśmiał się z kaprala. I zrozumiał, jak olśnienie, wielką prawdę tej wyspy: takiemu narodowi spalą zapewne wszystkie Londyny, lecz i wtedy nawet nie straci spokoju i kto wie, czy właśnie tą niebywałą niewzruszonością nie wygra wojny.”

Początek września przyniósł mu kolejny sukces, którego skutkiem było mianowanie Urbanowicza na dowódcę całego dywizjonu 303. W tym samym dniu strącił kolejne dwie wrogie jednostki. 15 września był decydującym dniem w bitwie o Wielką Brytanię. W tym dniu Urbanowicz poprowadził swoich kolegów do ataku na potężną grupę niemieckich bombowców. Walczył zaciekle strącając kolejne maszyny aż do 21 października, kiedy to zrezygnował ze stanowiska dowódcy dywizjonu 303. na rzecz por. Zdzisława Henneberga.

Fiedler, przywołując postać Urbanowicza, pisze o nim tak:
„Niektórzy myśliwcy Dywizjonu 303, jak Henneberg, Paszkiewicz, Zumbach, Ferić, Łokuciewski, Daszewski, Szaposznikow, Karubin, Frantiszek — to bezsprzecznie asy. Ich liczne zwycięstwa to nie przypadek. I nie przypadek, że najwybitniejszym z nich był Witold Urbanowicz, zwycięzca w siedemnastu spotkaniach z wrogiem.

Kto go osobiście znał, stawał przed jakąś zagadką. Nie sposób było ująć Urbanowicza w utarte kanony; wyrywał się z ludzkiego doświadczenia. Wszystko u niego było jak u innych myśliwców, mocna postawa i energiczna twarz, i czyste oko, a jednak wyczuwało się, że to jeszcze nie wszystko. Wyczuwało się coś zgoła nowego, jakiś nie napotkany dotychczas rys ludzki, bez przeszłości, bez porównań. A potem nagle przychodziło jakby olśnienie: metal. Tak, było to wyraźnie upersonifikowanie metalu. To nerwowa stal. Błysk w jego jasnych oczach, dosadny dźwięk jego słów, rześkość jego ruchów — to jakby aluminium, lekkie
a mocne, które, przybierając duszę i ciało, stworzyć musiało właśnie taki, a nie inny wyraz życia. Nie dziw, że Urbanowicz i samolot stanowili tak zgraną ze sobą spójnię.
[…]
Nie ulega wątpliwości, że Urbanowicz przedstawiał krystalizujący się typ nowego żołnierza. Z żołnierską, uczciwą żarliwością wchłaniał w siebie istotę metalu i stwarzał nowy stop, zdrowy, tęgi, zdobywczy, a bynajmniej nie wyzbyty cech ludzkich. Unerwione aluminium, w którym biło żywe, ludzkie serce. Dlatego Urbanowicz stanowił tak ciekawy typ człowieka nowoczesnej techniki i dlatego może Anglicy, wyczuwając to, tak o niego zabiegali.

I nie tylko Anglicy. Angielki również.”

15 kwietnia 1941 roku został dowódcą 1. Polskiego Skrzydła Myśliwskiego, którym pozostał do 1 czerwca, kiedy to przydzielono mu nowe zadanie. Został oddelegowany do odczytywania patriotycznych not skierowanych do polonii amerykańskiej na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Następnie pełnił funkcję attache lotniczego w Waszyngtonie. Tęsknił jednak za lataniem i już w niedługim czasie wstąpił do 14. Floty Lotniczej „Latających Tygrysów” i bił się zwycięsko z Japończykami na chińskim niebie.

Oprócz talentu do latania, była w jego życiu jeszcze pasja do pisania. Wydał pamiętniki zatytułowane „Początek jutra”, „Świt zwycięstwa” i „Ogień nad Chinami”. Pod koniec 1943 roku ponownie został attache lotniczym, a w 1946 roku powrócił do Europy. Po przylocie do kraju został aresztowany przez władze komunistyczne. Udało mu się wyemigrować i osiedlić w Nowym Jorku, gdzie pracował w amerykańskich liniach lotniczych. W 1973 roku przeszedł na emeryturę.

Rok 1991 to pamiętna dla niego data – po raz pierwszy po wielu latach wrócił do ojczyzny. Odwiedził kraj ponownie po 4 latach, kiedy to prezydent Wałęsa mianował go generałem. Zmarł 17 sierpnia 1996 roku w nowojorskim szpitalu dla weteranów wojennych. Otrzymał odznaczenia: Krzyż Orderu Virtuti Militari oraz Distinguished Flying Cross.

Zajmuje II miejsce w klasyfikacji polskich asów myśliwskich II wojny światowej, a liczbę jego zestrzeleń (17 pewnych i jedno prawdopodobne) można znaleźć na stronie internetowej Polish Air Force. Liczba zestrzeleń plasuje go w pierwszej dziesiątce najlepszych pilotów bitwy o Wielką Brytanię.

Karolina Myszka

0