Samoloty Spitfire Mk XII należące do 41 Dywizjonu RAF w locie w połowie 1943 r.

We wrześniu 1939 roku Polska posypała się jak domek z kart. Państwo było skłócone z niemal wszystkimi sąsiadami, źle zarządzane. Bohaterscy żołnierze nie mogli wskórać zbyt wiele wobec błędów popełnionych na górze, naczelny dowódca wraz z rządem w pospiesznych podskokach uciekli zagranicę. Nie mieliśmy dobrego sprzętu, nie mieliśmy dobrej taktyki, nie mieliśmy pomysłu… Jednym słowem, było gorzej niż na MŚ 2018. Z jedną różnicą.

Bo jednak mieliśmy przynajmniej jeden atut. Jeden skarb. Pilotów. Najlepszych na świecie. Bez żadnej przesady. Przekonali się o tym hitlerowscy lotnicy, którym nasi podniebni ułani na swych przestarzałych, niemal na śmierć zajeżdżonych, maszynach spuszczali raz za razem łomot. A nie było to łatwe, bo polskie myśliwce były wolniejsze od niemieckich nie tylko myśliwców ale także bombowców. Można było ich więc zestrzelić tylko pod warunkiem, że łaskawie zgadzali się walczyć, a nie dawali pełen gaz, żeby odlecieć w stronę mamusi Trzeciej Rzeszy z płaczem. Oczywiście, dość szybko sprzęt się rozwalił, skończył w walkach z Lutfwaffe, ale na szczęście spora część pilotów zdołała ewakuować się do Francji, a potem Anglii…

Anglicy nie od razu zaufali Polakom.

Samolotów mieli mało, a naszych pilotów nie poważali. Mieli ich za niebezpiecznych świrów. I słusznie, bo wreszcie kiedy naszym chłopcom udało się dobrać do sprzętu, którym można było nawiązać równorzędną walkę z Niemcami, pokazali, że istotnie są cholernie niebezpiecznymi świrami.

W debiucie bojowym Polacy z Dywizjonu 303 bez wielkiej tremy zestrzelili 6 niemieckich maszyn. To zakończyło dyskusję, czy są przydatni do walki.

Polacy z dnia na dzień stali się gwiazdami. Byli kochani za szaleńczą odwagę, za styl, za skuteczność. Gdyby porównać ich z piłkarzami, to można by powiedzieć, że grali efektownie jak Brazylia, a skutecznie jak Niemcy, przed MŚ 2018 naturalnie. Mężczyźni ich podziwiali, kobiety kochały, wrogowie nienawidzili. Ci piloci pokazali, że polski żołnierz podłączony do nowoczesnego sprzętu jest nie do zatrzymania, nie do przebicia. W całej bitwie o Anglię zestrzelili 10% wszystkich samolotów, które Niemcy stracili na Wielką Brytanią i jej okolicach. To zaważyło zwycięstwie – wcale nie przesadzam.

Skalski, Urbanowicz, Krasnodębski, Kornicki… – te nazwiska elektryzowały wtedy jak dzisiaj elektryzują Ronaldo czy Messi.

Na przykład Kornicki odbył typową tułaczkę bojową polskiego pilota z 1939 r. Chwilę polatał na starym, zdezelowanym myśliwcu P-7, potem na RWD 8, maszynie sportowej, która Niemców mogła co najwyżej rozśmieszyć. Ewakuował się do Francji i tam szkolił, ale zanim skończył, Francja uwinęła się z kapitulacją. Rozwinąć skrzydła mógł dopiero w Anglii. Co z powodzeniem uczynił latając w Dywizjonach 307, 303, 308, tego ostatniego był dowódcą, najmłodszym wśród Polaków. Trzykrotnie zdobył Krzyż Walecznych, tylko (niezłe mi tylko) raz Srebrny Krzyż Orderu Virtuti Militari.

Po wojnie tułał się, zanim ponownie załapał się na pracę w RAF-ie. Był aktywnym działaczem Polonii na emigracji.

On pamiętał o Polsce, a Polacy o nim. To dzięki ich głosom w 2017 w ramach przygotowań do obchodów 100-lecia Królewskich Sił Powietrznych (RAF) w 2017 wygrał internetowe głosowanie „The Telegraph” i Muzeum Royal Air Force na „twarz” tych obchodów, jako jeden z ostatnich pilotów Spitfire’ów.

Franciszek Kornicki zdobył w internetowym głosowaniu 325 tysięcy głosów (czy muszę dodawać, że deklasując rywali?), którzy zdecydowali, że to jego figura stoi obok Spitfire’a na wystawie poświęconej temu samolotowi. Wystawa to element hucznych obchodów stulecia RAF-u. Tak właśnie przypomnieliśmy Anglikom, kto walczył o ich bezpieczne tyłki (wróć!) życie podczas drugiej wojny światowej i kogo pominęli podczas wielkiej parady zwycięzców 8 czerwca 1946 roku. Wtedy nasi sojusznicy „łaskawie” pozwolili na udział tylko pilotom z Dywizjonu 303. Polscy piloci bez kolegów nie polecieli.

Na szczęście tym razem pominąć się nie daliśmy i polski pilot zajął zaszczytne (bo mu się należało) miejsce na wystawie z okazji stulecia RAF-u. Gdyby nie my, ta historia mogła się skończyć już w 1940. Tragicznie.

Wwwirgiliusz, autor bloga ojciecwwwirgiliusz.pl

 

 

0