Wieczór. Doczytujesz lekturę, oglądasz serial, czatujesz ze znajomymi, potem zasypiasz i śnisz spokojnie, póki budzik bezwzględnie nie ogłosi, że wstał nowy dzień. Nie zawsze było to dane twoim rówieśnikom: wyrywał ich ze snu tupot butów na schodach, łomotanie do brzmi, wrzaski. Czasem wskutek takiej nocnej wizyty z domu znikał ojciec albo matka, czasem cała rodzina dostawała kwadrans na spakowanie się i musiał opuścić dom na zawsze, wywożona w nieznanym kierunku. Machina totalitarnego państwa uderzała niespodziewanie, brutalnie, niszczyła poczucie bezpieczeństwa, by trzymać zastraszonych obywateli w ryzach.

Józefowi K. oszczędzono nocnych krzyków. Po prostu pewnego dnia po przebudzeniu zastał w swoim mieszkaniu obcych, czarno ubranych mężczyzn. Oznajmiają mu, że jest aresztowany. Za co? Dlaczego? Tego nie mówią, niepewność to potężne narzędzie manipulacji. Nie pokazują nawet nakazu aresztowania, ale przynajmniej nie zabierają Józefa K. do więzienia. Ominęły go upokorzenia więziennego reżimu, brutalne przesłuchania, by przyznał się do niepopełnionych win. Teoretycznie więc był w lepszej sytuacji niż setki tysięcy ofiar w Trzeciej Rzeszy czy w Związku Radzieckim, odartych z godności, skatowanych, oskarżanych o absurdalne przestępstwa. Świat dowie się o tych wszystkich okrucieństwa i gigantycznym bezprawiu dużo później.

Bohater „Procesu” nie wie, co gorszego mogło go spotkać.

Józef K. czuje się zagubiony i niepewny. Żył w państwie prawa, które znienacka zwróciło się przeciwko niemu. Sąd, przed którym ma się stawić, nie jest ostoją sprawiedliwości – jawi się jako kolejne narzędzie opresji. Nikt go nie chce słuchać, nikt nie jest zainteresowany wyjaśnieniami: proces ma służyć nieokreślonym celom – tylko czyim? Oskarżony podejrzewa tajemniczą organizację, która stoi za bezduszną biurokracją. Ale może to sama biurokracja zwyrodniała, zmieniła się w szukającego ofiar potwora?

Franz Kafka znał dobrze biurokrację Austro-Węgier, rozbudowaną, ociężałą, której człony rywalizowały między sobą o wpływy, knuły intrygi.

Nic więc dziwnego, że w jego wyobraźni mogła przemienić się we wszechobecnego potwora, osaczającego niewinnych, tłamszącego ich z sobie tylko znanych powodów. Gdy „Proces” ukazywał się drukiem, Kafkowska wizja zaczynała się urzeczywistniać w Związku Radzieckim, a dziesięć lat później w nazistowskiej Trzeciej Rzeszy. Oba totalitarne reżimy chciały kontrolować każdą sferę życia obywateli: policja polityczna posługiwała się siecią donosicieli, ale mimo to nie mogła nadzorować wszystkiego. Należało więc tak zastraszyć ludzi, by pilnowali się sami ze strachu przed potężnym państwem.

Aresztowania przeciwników politycznych, prawdziwych i wyimaginowanych, przesłuchania, na których torturami wymuszano przyznanie się do win, choćby najbardziej absurdalnych, wreszcie procesy sądowe – pokazowe, szeroko nagłaśniane i te potajemne – rzucały ponury cień na życie całych narodów. Na pozór w ich życiu niewiele się zmieniło, tak jak w życiu Józefa K.

Propaganda trąbiła o sukcesach, popularne pieśni opiewały wolność, ale za tą fasadą czaiła się groza, samowola urzędników, nieustanna inwigilacja. Świat zajrzał za tę fasadę dopiero po drugiej wojnie światowej i wtedy obraz ukazany w „Procesie” nabrał nowego, złowrogiego znaczenia, a sam Kafka zyskał miano wizjonera.

Piotr Chojnacki, autor bloga zacofany-w-lekturze.pl