Josef František (u Fiedlera: Józef Frantiszek) urodził się 7 października 1914 roku w Otaslavicach koło Prostĕjova na Morawach. Pochodził z chłopskiej rodziny i początkowo szkolił się na ślusarza.

Po jakimś czasie zainteresował się lotnictwem i to skłoniło młodego Františka do wstąpienia do Szkoły Młodszych Specjalistów Lotnictwa w 1934 roku. Po dwóch latach, w 1936, dostał swój pierwszy przydział bojowy do 2. Pułku Lotniczego w Ołomuńcu, gdzie początkowo latał jako pilot samolotów zwiadowczych. Gdy przełożeni zauważyli jego wybitne zdolności jako pilota skierowali go na kurs myśliwski. Ciekawym szczegółem jest to, że na początku swojej służby František – szczególnie podczas ćwiczeń w strzelaniu i atakowaniu celów naziemnych – dał się poznać jako żołnierz niezdyscyplinowany i wielki indywidualista, który nie szanuje regulaminu.

Ów zuchwały Czech wyrodził się ze swego narodu: nie był stateczny i nie był układny. Właściwie wyrodził się ze wszystkich ludzi naszego wieku: miał bujność romantyków, żar średniowiecza i był jak wulkan wyrzucający lawę nie tam, dokąd ludzie przywykli, że wyrzuca. Miał swe własne zbocza i swe własne chody. Takich ludzi jest dziś mało. Tacy ludzie albo giną jako zbrodniarze, albo zostają bohaterami. Józef Frantiszek stał się bohaterem.

W czerwcu 1938 roku dostał przydział do 40. Eskadry Lotnictwa Myśliwskiego w Pradze. W marcu 1939 roku, kiedy III Rzesza zajęła Czechosłowację, František zdecydował się na wyjazd do Polski, gdzie otrzymał przydział jako instruktor w Eskadrze Szkolnej Obserwatorów w Centrum Wyszkolenia Lotnictwa w Dęblinie. Podczas kampanii wrześniowej był wykorzystywany do zadań transportowych i lotów obserwacyjnych. Pod koniec września wraz z pilotami polskimi i czeskimi udał się do Rumunii, gdzie większość z nich została internowana. Františkowi udało się zbiec i przez Bukareszt, a później Bejrut przedostał się do Marsylii. We Francji planowano odtworzyć Polskie Siły Zbrojne, w związku z czym František nie zdecydował się na dołączenie do lotnictwa czechosłowackiego, tylko pozostał żołnierzem walczącym w szeregach polskiej armii. W czasie kampanii francuskiej obywał loty bojowe, ale trudno określić liczbę jego zestrzeleń.

Latem 1940 roku, przez Bordeaux i Falmouth, dotarł do formowanego w Northolt polskiego dywizjonu myśliwskiego 303. Latając pod banderą tegoż dywizjonu dokonał 17 zestrzeleń, co przyczyniło się do uznania dywizjonu 303 za jedną z najlepszych i najskuteczniejszych jednostek bitwy o Anglię. Według wspomnień pilotów z dywizjonu podczas walki František miał, wbrew regulaminowi, oddalać się od swojej eskadry i samotnie kontynuować walkę. Był krytykowany za brak subordynacji. Arkady Fiedler przedstawia jednak zdecydowanie pozytywny wizerunek czeskiego pilota.

W Anglii losy sprzęgły Frantiszka z Dywizjonem 303 już raz na zawsze, na życie i na śmierć. A przede wszystkim na zwycięskie boje. Brał wybitny udział we wszystkich większych bitwach dywizjonu. Począwszy od drugiego września, co drugi, trzeci dzień odnosił zwycięstwa i zawsze rozkładał to jednego, to dwóch, czasem trzech wrogów w ciągu jednego startu. Nigdy prawie nie wracał bez wyniku. Jakiś triumfalny pochód zwycięstw od lotu do lotu

Któregoś dnia, było to w początkach walk, zaszedł nieprzyjemny zgrzyt. Dowódca klucza, w którym leciał Frantiszek, nie zginął tylko o włos z winy sierżanta. Podczas ataku na kilka messerschmittów dowódca stwierdził z osłupieniem w ostatniej chwili, że z boku nie było Frantiszka, który ni stąd, ni zowąd opuścił szyk i gdzieś się zawieruszył. Pokrzyżowało to cały plan ataku i zmusiło resztę klucza do gwałtownego wycofania się z niebezpieczeństwa. Gdy Frantiszek wrócił z tego lotu do bazy, okazało się, że po odłączeniu się od klucza zestrzelił w pobliżu Kanału dwa nieprzyjacielskie samoloty.

[…]

Nad Kanałem miał raj: czyhał tam na wrogów, którzy byli w głębi Anglii i tędy musieli powracać. Powracali przeważnie rozbici, często postrzelani, zawsze na resztkach paliwa. Łatwo ich było tu wyłapywać i dobijać. Angielskie wybrzeże Kanaru stawało się dla nich prawdziwym progiem śmierci.

„Metoda Frantiszka”, jak nazywano w dywizjonie owo polowanie nad brzegiem Kanaru, miała wielu amatorów wśród Polaków i Brytyjczyków z innych dywizjonów. Ale była między nimi a Frantiszkiem pewna różnica: podczas gdy ci myśliwcy pędzili nad Kanał dopiero po walce i po wykonaniu bojowego zadania, Frantiszek, choć często walczył jak oni u ich boku, jednak częściej nie chcąc tracić czasu, rwał nad wybrzeże zaraz po wzbiciu się w powietrze.

Była to jego mania, jego cichy szał, niezwyciężona choroba, nieodparta pasja. W grę wchodziła nie tylko ambicja pokonania jak największej liczby wrogów; tkwiło to głębiej, w samej strukturze duchowej Frantiszka. Kompan dobry przy kieliszku, kolega uczynny w każdej okazji, kochanek dla dziewczyn czuły i szczodry — w powietrzu musiał wyżywać się sam, sam jeden. Tam nie uznawał towarzystwa, nie znosił skrępowania, zrywał więzy. Był u góry, jak bywają wielkie orły: samotny, drapieżny i zazdrosny o przestrzeń. Nie chciał dzielić z nikim powietrza ani zwycięstw.

Postępowanie Frantiszka podkopywało oczywiście karność dywizjonu. Był to coraz trudniejszy problem dla dowództwa. Czyżby usunąć z dywizjonu tak znakomitego asa, przysparzającego formacji tyle chwały? Wyraźnie zanosiło się na tę ostateczność, gdyby w końcu dowództwo nie powzięto decyzji iście salomonowej, takrozumnej i tak zarazem wielkodusznej: czeskiego sierżanta Polacy uznali za gościa dywizjonu. Gościowi pozwalano na niejedną swobodę. Dodatnie skutki tej mądrej decyzji ujawniły się natychmiast: myśliwcy-koledzy odetchnęli z ulgą. A Frantiszek? Frantiszek zareagował na swój sposób: następnego dnia sprzątnął trzy nieprzyjacielskie maszyny.

[…]

Frantiszek, ma się rozumieć, był niezrównanym pilotem i strzelcem. Że posiadał przy tym wyjątkową przytomność umysłu i błyskawiczność działania, świadczyło zajście, jakiemu przyglądało się całe lotnisko angielskie.

Kiedyś, w czasie walki nad Kentem, przygrzał tak siarczyście jakiemuś messerschmittowi 110, że przeciwnik dał znaki, iż chce poddać się i wylądować na pobliskim lotnisku. Wobec tego Frantiszek przestał strzelać. Messerschmitt opuścił podwozie i schodził nad samo lotnisko. Lecz był to tylko podstęp. W chwili gdy messerschmitt kołami dotykał już prawie ziemi, dał nagle pełnego gazu i zerwał się w górę jak sprężyna. Niedaleko uciekł. W tej samej nieledwie chwili otrzymał tak celną serię pocisków od Frantiszka, że spadł jak ścięty kłos i rozbił się jeszcze na samym lotnisku — nowe ogniwo do sławy dzielnego sierżanta.

8 października 1940 roku, dzień po 26. urodzinach, sierżant Josef František zginął w wypadku w Ewell, gdy wracał z rutynowego lotu patrolowego nad hrabstwem Surrey. Pośmiertnie został awansowany do stopnia porucznika, a w 1990 roku do stopnia pułkownika i nagrodzony szeregiem brytyjskich (m.in. Distinguished Flying Medal), czechosłowackich (m.in. Order Lwa Białego, Krzyż Walecznych) i polskich odznaczeń (m.in. Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari). Za poświęcenie w walkach na niebie Francji został uhonorowany tamtejszym Croix de Guerre.

Karolina Myszka